|
|
Dookoła
Pięknej Wyspy
[
Kaliste – L’Ile de Beaute]
Korsyka,
Elba, Sardynia, Wrzesień 2011
|
|
|||
|
Czwartek, 1 września
Cała załoga zebrała się
na spotkaniu organizacyjnym u Marka w komplecie. Po miesiącach oczekiwania w końcu
zbliżają się nasze wymarzone wakacje na Korsyce. Jest jeszcze tylko do
ustalenia podział zakupów na drogę i mamy tylko zgrubny plan rejsu do
zaakceptowania.
Poniedziałek, 4 września
Przygotowania
do wyjazdu są już prawie zakończone, musimy jeszcze tylko wykupić
ubezpieczenie i odebrać karty EKUZ. Bilety lotnicze i promowe już dawno są
wykupione, ja powoli dopinam ostatnie szczegóły i plan rejsu. Piątek, 9 września
Rano, w dniu
wyjazdu, zabieramy się z Ewą za pakowanie, wydaje się, że mamy na to czas,
umówiłem się, ze wyjedziemy w południe. Jednak czas biegnie szybko i prawie
do ostatniej chwili mamy co robić. W południe
przejeżdża po nas Marek i Ewa, pakujemy do samochodu wszystkie klamoty,
upychając rzeczy jak się da po kątach. Szczęśliwie wszystko weszło do środka
i nie musimy zabierać budy na dach. Pogoda jest
dobra, jedziemy bez niespodzianek klasyczną trasą przez Wiedeń. Przed granicą
stajemy na obiad, nie spieszy nam się zbytnio, ponieważ mamy dużo czasu, a
wyjechaliśmy celowo trochę wcześniej. Sobota, 10 września
Droga
przebiega nam bez problemów, kilometry uciekają szybko i sporo przed czasem
dojeżdżamy do Genui. Wjazd do miasta jest ekscytujący, tunele, estakady,
ostry i kręty zjazd drogą z góry w dół do zatoki w której położone jest miasto
wygląda pięknie. Szkoda, że jest za wcześnie by w pełni podziwiać widoki,
jest dopiero świt. Przed
załadowaniem się na prom tankujemy benzynę. Wyjazd ze stacji jest łamigłówką,
mimo nawigacji błądzimy po mieście, dobrze, że się nie spieszymy i mamy
jeszcze czas. Wjeżdżamy na
prom, zasiadamy wygodnie w fotelach z widokiem na morze. Mamy kilka godzin by
odpocząć, morze jest gładkie jak stół i zapowiada się piękna pogoda na cały
dzień. Jedynie brak piwa w barze daje się nam we znaki, męczy nas tym
bardziej, że w samochodzie została krata piwa. Trzeba było zabrać parę ze
sobą na pokład. Przed trzecią
jesteśmy już w Basti, chwilę błądzimy po mieście szukając parkingu, w końcu
znajdujemy plac, na którym już czekają na nas znajomi z drugiego samochodu.
Razem idziemy na mały spacerek po porcie i na wyczekiwane piwo w portowej
knajpie. Pierwszy łyk zimnego piwa smakuje wyśmienicie.
Po piątej
jesteśmy w porcie, znajdujemy agencję i zaczynamy przejmowanie jachtu.
Procedura jest dość szczegółowa, lista rzeczy do sprawdzenia jest długa, bez
pomocy miejscowych się nie obejdzie. W końcu jednak jacht odbieramy i
pakujemy swoje klamoty do środka. Jacht jest
duży i dobrze utrzymany. Ma wszystko co jest nam potrzebne, dwa prysznice z
ciepłą wodą, lodówkę, oraz duże wygodne kabiny. Wieczorem
zasiadamy do wspólnej kolacji i w miarę wcześnie idziemy spać, trzeba odespać
przejechane kilometry. Niedziela, 11 września
Wstałem rano
przed siódmą, i z pomocą Marka oraz Gerarda przeparkowaliśmy jacht do stacji
paliw. Niestety, w niedzielę stacja jest otwarta dopiero od dziewiątej, więc
chwilę poczekamy, tymczasem zrobimy sobie śniadanko.
Wyspa szybko
się zbliża, gdy mijamy cypel,
skręcamy na północny wschód i z wiatrem płyniemy do portu. Płyniemy
wzdłuż skalistego brzegu podziwiając niezwykłe formacje skał w różnych
kolorach, od bieli do intensywnej czerwieni, wzajemnie przeplatające się
pofałdowane i wypiętrzone warstwy. W porcie
stajemy o pierwszej po południu, bez trudu znajduje się dla nas wolne
miejsce, nic dziwnego, zważywszy, że postój kosztuje tutaj aż 95 Euro. Robimy
obiad, super żarcie przygotowane przez Pawła i Gosię wszystkim wyśmienicie
smakuje. Najedzeni idziemy na piwo do portowej knajpy, na tej wyspie piwo
kosztuje 6 Euro a do tego jest co najwyżej przeciętne w smaku. Na dodatek
toalety i prysznice są płatne osobno i otwarte tylko w wyznaczonych
godzinach. Tak samo jest z wodą na kei, dostępna jest tylko rano i wieczorem.
Marny i drogi jest ten porcik.
Wieczorem zaczynamy
imprezę na jachcie, a o północy idziemy spać, zmęczeni po dniu pełnym wrażeń. Poniedziałek, 12 września
Wstałem już o
7 rano, dzisiaj poranną toaletę zrobimy na jachcie, bo w naszym drogim porcie
toalety są czynne tylko w wyznaczonych godzinach, czyli po 8 ramo. Można
ewentualnie iść do baru, jak poradzono nam w kapitanacie, ale po co? Mamy
dość ciepłej wody a do dyspozycji dwa prysznice na jachcie. Nic już tu po nas
dzisiaj, wychodzimy po siódmej płynąc na silniku i starając się nie budzić
śpiącej części załogi. Zaraz za
wyjściem z portu, za cyplem u wejścia do zatoki, wyłączam silnik. Zapowiada
się piękna pogoda, nawet z pewną nadzieją na silniejszy wiatr. Na razie mamy
marny wiatr w pysk, halsujemy się robiąc tylko 3 kn. Załoga powoli budzi się
do życia, zaczynamy leniwie celebrować śniadanie na pokładzie, zabijając czas
rozmową.
Upał panuje na
pokładzie, lekki wiaterek niewiele pomaga i nie przynosi ulgi. Senna
atmosfera zachęca do południowej drzemki. Silnik mruczy na małych obrotach,
jacht sunie 4-5 kn w stronę południowej strony Elby. Około czwartej
po południu jesteśmy przy wejściu do zatoki Di Campio, po lewej stronie stoją
na kotwicy naprawdę bogato wypasione duże jachty, reszta jachtów kotwiczy
przed wejściem do małego portu, na wprost plaży. W porcie nie widać masztów,
więc niewiele się zastanawiając, robimy to co inni i stajemy na kotwicy pomiędzy
plażą a portem. Szybko zrzucamy ponton na wodę. Świeci słońce,
robimy obiad a ekipa desantowa jedzie na brzeg po zakupy. Ręczniak zapewnia
nam łączność, przydaje się, bo oczywiście już po naszym odpłynięciu pojawiają
cię nowe potrzeby zakupowe, a to makaron, a to owoce. Po doskonałym
obiedzie kąpiemy się schodząc do wody wprost z jachtu, można z łatwością
dopłynąć wpław na dużą piaszczystą plażę. Bajka. Słońce, plaża, piękne
romantyczne widoki. Zapada
wieczór, zamykamy jacht i wszyscy jedziemy na brzeg. Duży ponton z twardym
dnem i z fabrycznie nowym dość mocnym silnikiem sprawuje się doskonale, po
chwili wszyscy spacerujemy już po porcie. Wszystkie knajpy są otwarte i pełne
turystów, uliczki pełne są ludzi, widać, że życie toczy się tutaj dopiero po
zmroku. Siadamy w barze nad brzegiem zatoki, zamawiamy porto, lody, soki. Widok na
zatokę, szeroką plażę i jachty stojące na kotwicy przed plażą jest bajkowy. Z
jednej strony światła miasta, a od strony wody ogromy, jasny księżyc w pełni,
który oświetla okoliczne wzgórza i kładzie srebrne refleksy na delikatnie
zmarszczonej wodzie. Do tego światła kotwiczne na masztach i jaskrawo
oświetlona warowna wieża górująca nad wejściem do portu dopełnia ten wprost
kiczowaty widoczek. Jeszcze tylko
romantyczny spacer po plaży i wracamy na jacht. Dzisiaj mamy w planie długi
nocny przelot do Porto Vecchio, dzielimy się więc na dwie wachty i przed
północą podnosimy kotwicę. Wtorek, 13 września
Wypływamy z zatoki mijając
zakotwiczone super jachty z niebotycznymi masztami, oświetlone jak choinki.
Księżyc w pełni świeci tak jasno, że można by czytać gazetę. Na dodatek jest
ciepło i wprost szkoda spać w takiej chwili. Piękne niebo rozciąga się nad
naszymi głowami, wokół jachtu spokojna woda a lekki wiaterek niesie nas do
celu. Chwilę cieszymy się
wszyscy niesamowitym klimatem nocnego pływania, potem wszyscy idą spać,
zostaje na pokładzie tylko wachta. Łagodny wiatr początkowo niosący nas do
celu, zaczyna stopniowo słabnąć i kręcić. Płyniemy coraz wolniej, żagle
łopoczą i hałasują, w końcu o drugiej w nocy poddaję się, zwijamy foka i
ruszamy dalej na silniku. Do zmiany wachty nic się nie dzieje, jedynie
pojawia się sporo wycieczkowców płynących w różne strony i oświetlonych
rzęsiście. Budzę Gerarda oraz Pawła a sam idę spać.
Wstałem o 8
rano, raczej niewyspany, wyszedłem na pokład, na niebie widać nieco porannych
chmurek i panuje bardzo przyjemny poranny chłodek. Nieco po nocy zgłodniałem,
więc zabieram się do robienia kawy i herbaty. Wyciągam z lodówki coś do
jedzenia, chleb, serek, łososia w puszcze i rozkładam na stoliku. Jacht
tymczasem jedzie na autopilocie powoli,
pchany słabym wiatrem. Zabieramy się do śniadania na pokładzie. Coraz więcej
osób pojawia się na śniadaniu, które przeciąga się do dziesiątej, jacht
delikatnie kołysze się na fali, po prawej widać brzegi Korsyki a po lewej
całkowicie puste morze. Nikogo nie ma na wodzie, żadnych statków, jachtów czy
promów.
Słońce praży,
wiatru nie ma, więc w południe stajemy w dryf, mamy ochotę się wykąpać.
Głębokość według mapy to 500 metrów, a woda o szafirowym kolorze jest
idealnie przeźroczysta i ciepła. Prawie wszyscy lądują w wodzie. Po pół
godzinie zbieramy się do dalszej drogi, przed nami jeszcze dwie godziny jazdy
na silniku, bo wiatr zdechł całkowicie.
Wieczorem
idziemy do miasta. Stare centrum góruje na zatoką, mury cytadeli otaczają
stare uliczki pełne restauracji i barów. Po okolicy kręci się tłum turystów.
Znajdujemy sobie miejsce i siadamy przy porto i piwie. Zadowoleni i w
doskonałych humorach wracamy na jacht przed północą. Środa, 14 września
Nie marnujemy czasu,
załoga po śniadaniu wsiada na ponton i jedzie na plażę. Wracają przed
czwartą.
Wieczorem robi się
chłodniej, Paweł gotuje w winie ogromny gar małży kupionych dzisiaj rano w
sklepie rybnym. Są wyśmienite, wszyscy zajadają się małżami i popijają
lokalne wino. Impreza rozkręca się doskonale, z radia lecą szanty, wszyscy
świetnie się bawią do późna. Pomimo poważnej awarii w doskonałych humorach
idziemy spać, sam nie wiem kiedy. Czwartek, 15 września
Po siódmej
wieczorem stajemy w zatoce na północnym wybrzeżu Sardynii. Jesteśmy tutaj
zupełnie sami, po rzuceniu kotwicy wszyscy wskakują do wody. Następnie
siadamy na pokładzie do wspólnej kolacji, która to kończy się przed północą.
Dzień był pełen wrażeń, wszyscy potrzebujemy dzisiaj nieco odpoczynku. Piątek, 16 września
W środku nocy
budzi mnie gwałtowne kołysanie i wywołane kołysaniem trzaskanie drzwiami i
brzęk kubków. Wyskakuję na pokład zobaczyć co się dzieje, na idealnie
spokojnej tafli rozchodzą się fale, najwidoczniej gdzieś w ciemnościach
przepłynęła motorówka. Rzucam jeszcze okiem na nawigację i ustawiony alarm
kotwiczny i uspokojony panującą absolutna ciszą idę spać.
Po śniadaniu
na pokładzie zaczynamy kąpanie. Wspaniała, kryształowa woda nadal pełna jest
ryb. Dookoła jachtu widać piaszczyste dno przetykane kępami trawy i
niewielkimi głazami. Stoimy na 6 metrach, razem z Ewą i Markiem płyniemy do
brzegu. W głębi zatoki widać groblę i piasek plaży. Wychodzimy na brzeg i po
drugiej stronie grobli otwiera się widok na następną zatokę, z tamtej strony
grobli znajduje się plaża miejska, już jest pełna ludzi, wciąż parkują na
parkingu obok niej nowe samochody, jest bar na plaży, leżaki, parasole i
tłumy ludzi. Chwilę spacerujemy a następnie wracamy wpław na jacht.
Mijamy wejście
do portu i płyniemy najpierw do zatoczki widocznej obok. Sprawnie stajemy na
kotwicy obok innych jachtów, zrzucamy do wody ponton, wyciągamy płetwy,
maski, rurki i zaczynamy już drugą dzisiaj kąpiel. Woda jest szafirowa, pod
nami widać łachy piasku, ławica ryb nieco mniejsza niż rano, ale widać jak
znowu zbierają się pod kadłubem.
Pomagamy
stanąć obok nas parze Francuzów, proponujemy cumowanie do nas burtą,
sympatyczne małżeństwo odwdzięcza się rozmową. Widać, że znają okolice więc
wypytuje ich o ciekawe miejsca i porty warte odwiedzenia. Zjadamy na
obiad kalmary i idziemy zwiedzać stare miasto. Widoki zapierają dech w
piersi, już wiem, że jutro rano przyjdziemy tu znowu. Wracamy na jacht
zmęczeni bieganiem po mieście w górę i w dół, jeszcze tylko wypijemy po piwie
i idziemy spać. Ten dzień był naprawdę bardzo długi. Sobota, 17 września
Głośna muzyka
z knajpy na brzegu tylko nieco została ściszona po północy, skończyły się
balety chyba dopiero o drugiej. Potem jeszcze głośna awantura obudziła
wszystkich w porcie i nastała nareszcie cisza. Tak wygląda wakacyjna noc w
samym środku portu, przy pomostach na wprost knajp i barów. Rano wstałem
przed ósmą, nad nami błękitne niebo bez chmur. Wstało słońce i grzeje coraz
silniej, już po ósmej grzeje wystarczająco mocno, że wolimy jeść śniadanie w
środku. Po śniadaniu idziemy jeszcze raz na stare miasto.
W południe
wychodzimy z portu Bonifacio i płyniemy do Ajaccio. Wyjście z portu jest samo
w sobie uczą dla oczu, po prawej i lewej wysokie klify wiszą nad wodą, p
płynąc powoli mijamy starte miasto i wychodzimy w morze.
Niedziela, 18 września
Jest ciemna
noc, gdy wpływamy do zatoki Ajaccio. Na brzegu widać kolorowe reklamy i jasno
oświetlone domy dużego miasta. Jadąc powoli na silniku mijamy stary port,
płyniemy wytrwale do samego końca zatoki. Z ciemności jak duchy wyłaniają się
stojące na kotwicy jachty i statki, mijam je slalomem. Na szczęście są dobrze
widoczne na tle rzęsiście oświetlonego nabrzeża. Stary port admiralicji,
gdzie czeka na nas Maciek i Iwona, ma od zewnętrznej strony falochronu
zabudowane nowe nabrzeże, podejście jest więc więcej niż proste, jedyną
trudnością jest brak mooringów. Tutaj staje się cumując dziób do boi. W
zamieszaniu i ciemności oczywiście nasza cuma dziobowa okazuje się za krótka
i cumujemy jadąc na trzy razy tam i z powrotem, kolejno przedłużając wciąż z
krótką cumę dziobową. Po północy
jesteśmy już zacumowani i podłączeni do prądu. Maciek z Iwoną pakują się na
jacht, częstujemy ich kolacją i witamy po staropolsku. Parę drinków na
przywitanie i idziemy spać, nowa załoga jest zmęczona po długiej podróży więc
za długo nie możemy imprezować. Rano wstajemy
o ósmej, wita mnie na pomoście obsługa mariny, mimo, że jest niedziela, to
ktoś się nami zajmuje. Po śniadaniu idę do kapitanatu zapłacić za postój.
Jest święto, nie działa w kapitanacie kasa fiskalna i dlatego, po miłej
rozmowie, ustalamy, że będziemy stać bezpłatnie, wizja wysyłania faktury do Polski
jest jak widać wystarczająco zniechęcająca. Przydaje się znajomość
francuskiego, zarobiłem pięćdziesiąt Euro dzięki umiejętności negocjacji.
Dzisiaj są
znowu małże na obiad, przygotowane w białym winie smakują doskonale. Po
obiedzie kawa i pamiątkowe zdjęcie, pora już na nas, musimy się zbierać do
dalszej drogi. Z bólem serca żegnamy wysiadających dzisiaj Gerarda i Agatę.
Po pierwszej po południu odcumowujemy jacht i płyniemy do Cargese. Płyniemy przez
przesmyk, uważnie nawigując pomiędzy skałami, świeci słońce, jest gorąco.
Jednak z prognozy pogody wiem, że czeka nas zmiana. I rzeczywiście, stopniowo
pojawia się na niebie coraz więcej chmur, o czwartej leje pierwszy deszcz.
Wiatr tężeje, jacht płynie 8 węzłów pod pełnymi żaglami. Spieszymy się, aby
przed wieczorem i przed przewidywanym w prognozie załamaniem pogody dotrzeć
do portu Cargese.
Jesteśmy już
niedaleko. Zgłaszam się przez radio do mariny, kapitanat odpowiada, że jest
dla nas miejsce, będą na nas czekać. Widzę jacht wchodzący do portu przed
nami, potem okazało się, że to nasi znajomi Francuzi poznani w Bonifacio.
Wchodzimy do małego portu, na zboczu ponad portem góruje kamienne miasteczko,
wewnątrz stoi tylko kilka jachtów. Cumujemy dziobem, tak jak wszyscy. Ledwo
stanęliśmy, znowu spada na nas ulewny deszcz. Robimy obiad,
niebo jest nadal sine i wieje coraz bardziej porywisty wiatr. W przerwie
pomiędzy ulewami idę do kapitanatu zapłacić za postój. Zasiadamy do brydża,
zapominając o świecie rozgrywamy partię za partią aż do północy. Poniedziałek, 19 września
Wiatr wyje
całą noc, szarpiąc jachtem, liny skrzypią, a z pokładu dochodzą dziwnie
niepokojące odgłosy. Nad ranem zmuszają mnie nawet do wyjścia na pokład, wszystko
jest jednak w porządku, możemy więc spać dalej. Wstajemy dzisiaj późno,
wiemy, że raczej szybko nie wypłyniemy.
W centrum
miasteczka zasiadamy na kawę, piwo i świeżutkie, jeszcze ciepłe francuskie
rogaliki, następnie zdobywamy z marszu okoliczne wzgórze. Widoki na morze i
góry są piękne, jednak porywisty wiatr szybko nas ze szczytu Po chwili
poświęconej na odpoczynek i robienie zdjęć wracamy do miasteczka, schodzimy
do portu i wracamy na jacht. Pogoda się po południu wyraźnie poprawia, jest
coraz mniej chmur i świeci słońce, jednak wiatr nie odpuszcza, a na morzu
jest co najmniej 6B. Zostajemy więc na kolejną noc w małym porcie Cargese. Wtorek, 20 września
Wstałem rano o
świcie, wyszedłem na falochron i na wschodzie widzę piękny, krwawy wschód
słońca. Morze jest nadal wzburzone, więc nie spieszy mi się do wyjścia.
Wracam do koi dospać sobie chwilę. Wstaję po
siódmej, czekam na otwarcie kapitanatu aby uiścić opłatę za dodatkową noc
postoju, kręcę się obok jachtu czekając na oznaki życia na końcu falochronu.
W końcu widzę, że otwarto kapitanat, szybko załatwiam formalności w biurze i
wracam na jacht. Tymczasem wszyscy już wstali i zabierają się za robienie
śniadania. Nie zwlekając i nie czekając na śniadanie odcumowujemy i
wychodzimy w morze o ósmej rano. Świeci słońce
i wieje umiarkowany watr, fale natomiast mają 3-4 metry, stawiamy grota na
drugim refie i zrefowanego solidnie foka. Wiatr mamy w pysk, w takich
warunkach halsowanie się trwało by wieczność więc idziemy na żaglach i z
silnikiem. Wybrane żagle łagodzą kołysanie, jednak wysoka martwa fala po
sztormie nieźle czasami nami ciska. O dziwo nikt nie choruje, widać załoga
zaprawiła się w pływaniu przez ostatni tydzień. Halsujemy
uparcie pod wiatr do Girolaty, pływa się wspaniale, pierwszy raz na tym
rejsie bujamy się na sporej fali i przyzwoitym wietrze 20-25 kn. Przepływamy
obok majestatycznie wychodzących z wody czerwonych skał pokrytych
roślinnością i wyrzeźbionych przez erozję w najdziwniejsze kształty. Po
czterech godzinach wchodzimy do zatoki Girolata, i bardzo dobrze, bo już
jesteśmy zmęczeni tym kołysaniem na rozhuśtanym wczorajszym sztormem morzu.
Wypływa nam na spotkanie ponton z obsługą, odpowiadam na krótkie pytanie o
długość i zanurzenie jachtu, potem z pomocą bosmana parkujemy na wskazanych
nam bojach z dziobu i rufy. Jest jeszcze dość wczesne popołudnie, w zatoce
jest pustawo, jednak do wieczora będą spływać jachty i katamarany i stopniowo
zapełniać porcik.
Płyniemy
pontonem na brzeg zwiedzić okolicę. Na plaży jest mały sklepik, jakaś
wypożyczalnia łódek, bar. Nieco dalej na zboczy jest restauracja z tarasem z
widokiem wprost na morze. My natomiast wspinamy się na górę oddzielającą
zatokę od morza, podziwiamy widoki i raczej szybko wracamy, bo w prażącym
słońcu nie ma chętnych na dłuższe spacery po stromych kamienistych ścieżkach. Pontonem
płyniemy na plażę obok aby się wykapać. Woda jest jednak po sztormie zmącona
i zimna. Coraz więcej jachtów wpływa w zatokę, pojawiają się znajomi Francuzi
poznani w Bonifacio. Przepływam obok nich i zapraszam ich wieczorem na wódkę.
Zrobiło się
późno, ale nie na tyle by nie rozegrać partyjki brydża. Idziemy spać przed
północą, jutro płyniemy do Calvi, mam nadzieję, że morze będzie już mniej
rozfalowane niż dzisiaj. Środa, 21 września
O ósmej rano jadę
pontonem na brzeg po świeże bagietki do śniadania. Wstaje kolejny piękny,
słoneczny dzień, niebo jest błękitne, widoki okolicznych wzgórz skąpanych w
porannym słońcu są przepiękne. Kupuję bagietki w sklepie na plaży, wracam na
jacht i jemy śniadanie. Machamy jeszcze na pożegnanie poznanej parze
Francuzów i bez pośpiechu wypływamy z zatoki, płyniemy do rezerwatu Scandola
ciągnąc za sobą ponton, którego nie chciało nam się zabrać na pokład. Zresztą
będzie nam zaraz potrzebny. Kilka mil od zatoki Girolata okrążamy cypel,
widzę wąskie przejście pomiędzy lądem a skałą tkwiącą w morzu, wszystkie mapy
mówią, że da się tamtędy przejść, kieruję się więc na wąski przesmyk. Widoki
na skały są fantastyczne, przejscie ekscytujące, przepływamy blisko, blisko..
wydaje się, że brzeg można dotknąć wyciągniętą ręką.
Obiad jemy na
pokładzie, jacht łagodnie kołysze się
na wodzie, chłodzi nas delikatny zefirek. Podpływa do nas straż parku i pytają
się, czy wiemy, że nie wolno tutaj nocować, odpowiadam im, że my tylko
zwiedzamy i po południu odpływamy do Calvi, miło się żegnają i płyną do
sąsiadów. O czwartej po
południu z naprawdę wielkim żalem podnosimy kotwicę i odpływamy do Calvi.
Girolata jest piękna a park Scandola wspaniały, mam nadzieją, że kiedyś
jeszcze tu wrócimy. Nic nie wieje, morze jest gładkie jak stół więc jedziemy
na silniku i autopilocie. Czas płynie leniwie, silnik mruczy kołysankę. Na
niebie nie ma jednej chmurki, pogoda wraca więc jak widać do tutejszej normy.
Czwartek, 22 września
Dzień zaczynam
od wycieczki do kapitanatu w celu opłacenia postoju w Calvi i zdobycia kodu
dostępu do sieci wifi. Wstaje piękny dzień, na niebie słonce wisi jeszcze
niezbyt wysoko. Nie jest jeszcze bardzo upalnie, idziemy więc przejść się po
mieście. Wspinamy się do górującej nad miastem cytadeli, położonej na półwyspie
wcinającym się w morze. Z góry rozciąga się wspaniały widok na port i miasto
z jednej strony, zatokę z błękitną wodą, oraz skaliste wybrzeże i bezmiar
morza z drugiej. Spacerujemy po starym mieście poruszając się wąskimi
uliczkami w miłym cieniu starych domów, szukamy domu w którym podobno urodził
się Krzysztof Kolumb i robimy zdjęcie za zdjęciem.
Uzupełniamy
wodę i wychodzimy w morze. Widok na Calvi z wody jest jeszcze piękniejszy,
wieje lekki wiaterek popychający na s baksztagiem w kierunku Saint Florent.
Jacht płynie 6 kn pod pełnymi żaglami po spokojnym morzu a czas płynie nam
leniwie w promieniach gorącego słońca.
Płyniemy
wzdłuż zachodniego wybrzeża, wiatr stopniowo słabnie, przed piątą Z promieniami zachodzącego
słońca cumujemy w porcie Saint Florent. Miasteczko malowniczo położone jest
na końcu zatoki tworzącej naturalny port. Nie jest zbyt duże i podobno
nazywane jest korsykańskim Saint-Tropez. Idziemy na spacer, uliczki są pełne
knajpek i ludzi, jest jednak jak gdyby ciszej i pusto w porównaniu z Calvi
czy Bonifacio. Nad portem oczywiście tradycyjnie góruje kamienna cytadela. Po powrocie na
jacht urządzamy wieczór kapitański, świetne humory nam dopisują i impreza
kończy się dobrze po północy. Piątek, 23 września
W pełnym
słońcu i przy bezchmurnym niebie wychodzimy w morze. Ani śladu wiatru, woda
jest tak gładka, ze nie widać gdzie kończy się morze a gdzie zaczyna niebo.
Płyniemy na północ, dzisiaj mamy 30 mil do Macinaggio. Na razie płyniemy
pyrkajac na silniku w kierunku Nonza. Miasto zawieszone na strzelistej skale
nad wodą wznosi się wysoko i groźnie ponad ciemnym bazaltowym klifem. Miejsce
z bliska robi zdecydowanie większe wrażenie niż z oddali, nad brzegiem widać
dużą, pustą plażę z kamyków o ciemnej, zielonej lub ciemnoszarej barwie.
Plaża wygląda zupełnie inaczej niż inne piaszczyste plaże, postanawiamy się
tutaj wykapać. Ustawiam jacht w dryf niedaleko brzegu, bo miejsce raczej nie
nadaje się do kotwiczenia. Stoimy i kapiemy się, całkowicie bezwietrzna
pogoda i morze płaskie jak stół zdecydowanie dzisiaj sprzyja kąpieli. Płyniemy dalej
na silniku, po południu zaczyna wiać oczekiwany niecierpliwie wiatr, jednak
raczej słaby i do tego prosto w pysk, na razie jedziemy na silniku na północ,
aż na sam koniec wyspy.
Na jachcie
zjedliśmy obiad na pokładzie, popijając doskonałym korsykańskim słodkim
muskatem. Jest piąta, musimy się niestety zbierać do portu, umówiłem się na
szóstą wieczorem na przekazanie jachtu. Po godzinie
jazdy na silniku jesteśmy w porcie, w ten sposób domykamy pętlę wokół Korsyki.
Na nabrzeżu już na nas czekają, cumujemy szybko i sprawnie, w ciągu zaledwie
pół godziny jacht zostaje sprawdzony a kaucja odblokowana. Jedna stłuczona
szklanka i wyłamany po złamaniu klucza zamek w zejściówce okazuje się nie być
żadnym problemem dla armatora, taka postawa bardzo mnie cieszy. Wieczorem
pakujemy się i jemy ostatnia wspólną kolację, jutro rano o siódmej
wyjeżdżamy. Jeszcze tylko dopijamy ostatnią butelkę wina i wcześnie idziemy
spać aby dobrze wyspać się przed drogą. Sobota, 24 września
Po małych
zakupach ponownie wspinamy się drogą przez góry, po naszej prawej stronie
rozciąga się pustynny i dziki krajobraz interioru. Mijamy kolejne góry i
porośnięte krzakami doliny, następnie zjeżdżamy w dół i docieramy do lepszej
nieco drogi, która doprowadza nas po
dziesiątej do terminala promowego. Prom już czeka. Punktualnie odpływamy z
Korsyki, piękna wyspa szybko oddala się za rufą i ginie za horyzontem. Czas na promie
płynie sobie leniwie, w miarę oddalania się od wyspy pojawia się coraz więcej
chmur. W pobliżu promu przepływają kilka razy delfiny, a w pewnym momencie pojawia
się nawet wieloryb, jego widok wywołuje duże poruszenie na pokładzie, a prom wyraźnie
omija go dużym łukiem. Gdy wpływamy do portu w Nicei, niebo jest już równo
zakryte. Prom przegania syreną kilka osób pływających w portowym basenie, ciekawe
jak wygląda duży prom z ich perspektywy?
Niedziela, 25 września
Korsyka dla żeglarzy
Korsyka jest
piękna i jeżeli tylko możecie, powinniście się tam wybrać. Wyspa świetnie
nadaje się do uprawiania żeglarstwa. Na całym wybrzeżu znajdują się wygodne mariny
dające schronienie, oddalone nie więcej niż o kilka godzin drogi. W marinach
powszechnie dostępna jest w cenie woda i prąd na kei, czasem także internet
przez wifi. Prysznice często są niedostępne w nocy ponieważ zwykle znajdują
się wewnątrz kapitanatów. Ceny za cumowanie zależą od długości jachtu i
ilości osób na pokładzie, dla jachtu 14 metrów / 8 osób wynosiły w sezonie
2011 od 45 do 65 Euro za noc. Obiad w restauracji kosztuje około 25 Euro na
osobę, piwo 6 Euro. Wszędzie są dostępne supermarkety, są sklepy rybne i
można także tanio kupować ryby prosto z kutra w porcie. Ropa do silnika kosztowała
1,4 Euro za litr. Korsyka jest
akwenem raczej łatwym żeglarsko, brak prądów, pływów, nie ma ruchu statków
poza podejściami do dużych portów. Kapitanaty słuchają na CH9, jednak nie ma obowiązku
zgłaszania się przed wejściem do portu. Jest niezliczona ilość zatoczek do
kotwiczenia i plaż do kąpania. Wspaniały jest park Scandola, niedostępny z lądu
porcik Girolata, zapierający dech w piersiach port Bonifacio i jego okolice,
port Calvi, Ajaccio, Saint Florent i wiele innych wartych odwiedzenia.
Koniecznie należy zabrać ze sobą maskę i płetwy, woda jest kryształowo czysta
i ciepła, a ryb w wodzie zatrzęsienie. |
|||||
|
|
Jacek Dziedzic tel/fax: (+48 12) 425 20 32 |
|
Statystyka |
||